Są takie podróże, podczas których człowiek zaczyna podejrzewać, że pomylił drogę. Potem odkrywa, że właśnie o to chodziło. Wsiadamy więc do samochodu, włączamy „Las Vegas Parano”, chowamy do bagażnika „Dziennik zakrapiany rumem” i ruszamy śladami Huntera S. Thompsona.
Zaczynamy od rumu
Portoryko. Lata 50. Upalne popołudnie, gazeta, młody reporter i wystarczająco dużo rumu, żeby bardzo szybko przestać wierzyć w rozsądek.
Tak zaczyna się „Dziennik zakrapiany rumem”, powieść Thompsona, którą Johnny Depp przeniósł na ekran w 2011 roku. Film Bruce’a Robinsona zabiera nas do San Juan i opowiada historię dziennikarza Paula Kempa. Jest praca w gazecie, jest tropienie szemranych interesów, jest piękna kobieta, jest biznesmen z planem i jest rum. Dużo rumu.
To właśnie tutaj warto rozpocząć podróż po świecie Thompsona.
Nie w muzeum.
Na drodze.
Johnny Depp wchodzi do gry
Depp znał Thompsona osobiście. W „Las Vegas Parano” zagrał Raoula Duke’a, alter ego pisarza, i zrobił to z taką intensywnością, że granica między aktorem a bohaterem zaczęła się niebezpiecznie rozmywać.
W filmie Terry’ego Gilliama z 1998 roku Duke i jego prawnik Dr Gonzo jadą do Las Vegas. Oficjalnie mają relacjonować wyścig motocyklowy.
Oczywiście nic z tego nie wychodzi.
Pustynia, czerwony Chevrolet, Las Vegas i bagażnik, którego lepiej nie otwierać. Film kręcono między innymi w Nevadzie, w okolicach Las Vegas, Red Rock Canyon, Jean Dry Lake i innych miejscach południowej części stanu.
Jeśli chcecie zobaczyć Amerykę z perspektywy człowieka, który najwyraźniej uważał rzeczywistość za materiał do eksperymentów, to jest właściwy adres.
Las Vegas bez instrukcji obsługi
Las Vegas Thompsona nie jest miastem neonów z folderu biura podróży.
To miasto obsesji.
W Fear and Loathing in Las Vegas wszystko jest za głośne, za szybkie i trochę podejrzane. Właśnie dlatego film wciąż działa. Gilliam nie próbuje uporządkować Thompsona. Pozwala mu rozpędzić się do granicy absurdu.
Dziś można przejechać część filmowej trasy i zobaczyć miejsca, które zachowały pustynny charakter tamtej opowieści. Niektóre filmowe adresy zniknęły, jak Stardust, ale krajobraz Nevady nadal robi swoje.
Pustynia ma tę zaletę, że nie komentuje.
Woody Creek
Potem trzeba skręcić na północ.
Kolorado.
Aspen.
I mała miejscowość Woody Creek, gdzie Thompson przez dziesięciolecia miał swój dom i swój własny kawałek świata.
Tutaj znajdowała się Owl Farm, jego słynna posiadłość. Thompson kupił ziemię w 1969 roku, wykorzystując pieniądze zarobione na swojej pierwszej książce, Hell’s Angels.
To właśnie tutaj pisał, pracował, przyjmował znajomych i obserwował Amerykę z bezpiecznej odległości.
Choć z tą „bezpieczną odległością” różnie bywało.
Bar Thompsona
W Woody Creek jest miejsce, którego nie można pominąć.
Woody Creek Tavern.
Przez lata był to jeden z ulubionych przystanków pisarza. Thompson przesiadywał tutaj przy barze, spotykał znajomych, pił i prowadził swoje małe wojny ze światem. Po jego śmierci miejsce zaczęło przyciągać fanów z całego świata.
I chyba właśnie tutaj najlepiej zrozumieć fenomen Thompsona.
Nie trzeba oglądać jego zdjęć.
Wystarczy usiąść.
Zamówić coś do jedzenia.
Popatrzeć na ludzi.
I wyobrazić sobie, że za chwilę drzwi się otworzą, a do środka wejdzie facet w okularach, z papierosem i miną człowieka, który właśnie odkrył kolejną rzecz wymagającą natychmiastowego opisania.
Owl Farm
Owl Farm pozostaje miejscem szczególnym. To nie jest zwykła atrakcja turystyczna i nie powinno nią być.
To był dom.
Tutaj powstała część najważniejszych tekstów Thompsona. Tutaj zakończyło się jego życie w 2005 roku.
Dla podróżnika oznacza to jedno: czasem trzeba wiedzieć, gdzie się zatrzymać.
Można zobaczyć drogę.
Można zajrzeć do Woody Creek.
Można usiąść w tavernie.
Reszta należy do prywatnej historii tego miejsca.
Bill Murray był pierwszy
Zanim Johnny Depp został filmowym Thompsonem, zrobił to Bill Murray.
W 1980 roku zagrał pisarza w Where the Buffalo Roam. Film jest luźną opowieścią o Thompsonie i jego relacji z prawnikiem Oscarem Zeta Acostą.
Dziś warto obejrzeć go choćby po to, żeby zobaczyć, jak zmieniała się legenda Gonzo.
Najpierw był człowiek.
Potem pojawiła się postać.
A potem postać zaczęła żyć własnym życiem.
Gonzo na ekranie
Jeśli po drodze nadal będzie wam mało, są dokumenty.
Gonzo: The Life and Work of Dr. Hunter S. Thompson Alexa Gibneya pozwala wrócić do prawdziwego Thompsona, jego archiwów, nagrań i ludzi, którzy go znali.
Warto też obejrzeć For No Good Reason, dokument poświęcony Ralphowi Steadmanowi, artyście, którego charakterystyczne, szalone ilustracje stały się wizualnym odpowiednikiem świata Gonzo. Film prowadzi także do historii jego przyjaźni z Thompsonem.
I nagle wszystko zaczyna się układać.
Tekst.
Obraz.
Droga.
Pustynia.
Rum.
Las Vegas.
Kolorado.

Jedźcie, zanim się rozmyśli
Hunter S. Thompson zostawił po sobie książki, filmy, fotografie i miejsca, które wciąż przyciągają ludzi ciekawych tej historii.
Ale jego najważniejszym miejscem zawsze była droga.
Dlatego jeśli kiedyś znajdziecie się w Kolorado, jedźcie do Woody Creek. Zajrzyjcie do taverny. Potem włączcie Gilliama i ruszcie wyobraźnią przez pustynię Nevady.
A jeśli traficie do Portoryko, pamiętajcie o Paulu Kempie.
I o rumie.
Bo w świecie Huntera S. Thompsona nawet zwyczajna podróż bardzo szybko może stać się materiałem na książkę.
