Są artyści, których muzyka potrafi zmienić zwykłą podróż w osobistą wędrówkę. Leonard Cohen należy do tych, których głos rozpoznaje się po pierwszych kilku nutach. Dziesięć lat po jego śmierci warto wybrać się do miejsc, które kochał, w których tworzył i które na zawsze zapisały się w jego biografii. To podróż przez Montreal, grecką Hydrę i świat poezji, miłości oraz muzyki.
Montreal. Tutaj wszystko się zaczęło
Wędrówkę najlepiej rozpocząć w Montrealu, kanadyjskim mieście, w którym Leonard Cohen urodził się 21 września 1934 roku. Dorastał w Westmount, eleganckiej dzielnicy z willami, zielonymi ulicami i spokojnymi parkami. Rodzinny dom przy Belmont Avenue 599 oraz pobliski Murray Hill Park należą do miejsc związanych z jego dzieciństwem.
Warto zajrzeć również w okolice Westmount High School przy Sainte-Catherine Street, gdzie uczył się przyszły poeta i muzyk. Później studiował na McGill University. Montreal był obecny w jego życiu przez kolejne dekady, a artysta wielokrotnie podkreślał, jak silnie czuje się związany z rodzinnym miastem.
Dziś jednym z najbardziej rozpoznawalnych punktów na mapie fanów jest ogromny portret Cohena na ścianie budynku przy 3981 Saint-Laurent Boulevard. Mural autorstwa Kevina Ledo zajmuje dziewięć pięter i przedstawia artystę w charakterystycznym kapeluszu. Drugi, równie imponujący, znajduje się przy 1420 Crescent Street. To „Tower of Songs”, dzieło El Maca i Gene’a Pendona, odsłonięte w 2017 roku. Wizerunek Cohena spogląda tu na przechodniów z wysokości kilkudziesięciu metrów.
Montreal ma jeszcze kilka adresów, które warto wpisać do spacerowego planu. Przy 28 Rue de Vallières znajduje się dawny dom artysty. Tuż obok leży Parc du Portugal, miejsce, w którym bywał podczas swoich pobytów w mieście. Miłośnicy jego twórczości mogą także odwiedzić St-Viateur Bagel przy 263 Saint-Viateur Street. Cohen lubił tam zaglądać, a słynne montrealskie bajgle do dziś są jednym z kulinarnych symboli miasta.
Śladami Suzanne nad Starym Portem
W Montrealu nie sposób pominąć Starego Portu i kaplicy Notre-Dame-de-Bon-Secours, nazywanej również Kościołem Żeglarzy. Jej charakterystyczna sylwetka i figura Maryi górująca nad budynkiem wiążą się z historią piosenki „Suzanne”.
Utwór opowiada o Suzanne Verdal, tancerce, z którą Cohen spacerował po okolicach Starego Portu. Właśnie do figury Maryi na kaplicy odnosi się obraz „Pani Portu”, obecny w słowach tej kompozycji. To jeden z tych momentów, kiedy muzyczna opowieść spotyka się z konkretnym adresem na mapie.
Warto zatrzymać się tu na dłużej, przejść brukowanymi uliczkami i zajrzeć do niewielkich kawiarni. Stary Montreal zachował historyczną zabudowę, a spacer wzdłuż nabrzeża pozwala poczuć atmosferę miasta, które tak mocno wpłynęło na wyobraźnię artysty.
Hydra. Wyspa, na której narodziły się ważne historie
Z Kanady przenosimy się na grecką wyspę Hydrę, położoną w Zatoce Sarońskiej, niedaleko Aten. To właśnie tutaj, w 1960 roku, 26-letni Leonard Cohen kupił tradycyjny, trzypiętrowy dom. Zapłacił za niego 1500 dolarów. Budynek nie miał wówczas bieżącej wody ani elektryczności, ale poeta znalazł w nim przestrzeń do pracy i życia.
Hydra stała się jego domem na kilka lat. W tym czasie pracował nad powieściami „The Favourite Game” i „Beautiful Losers”, pisał wiersze i coraz mocniej interesował się muzyką. Wyspa była wówczas miejscem spotkań artystów, pisarzy i ludzi szukających swobody twórczej.
To również tutaj poznał Marianne Ihlen, Norweżkę, która stała się jedną z najważniejszych osób w jego życiu. Ich historia miłosna znalazła później odbicie w piosence „So Long, Marianne”.
Na Hydrze nie ma samochodów, a wąskie, kamienne uliczki wspinają się po zboczach wzgórz. Do wielu miejsc prowadzą schody, a codzienny transport wciąż kojarzy się z osiołkami i mułami. Port, białe domy, niebieskie okiennice i zapach morza tworzą scenerię, która wydaje się stworzona do długich spacerów.
Uliczka prowadząca do dawnego domu Cohena nosi dziś jego imię: Leonard Cohen Street. Dom pozostaje własnością rodziny i nie jest muzeum ani obiektem turystycznym. Warto uszanować prywatność mieszkańców i potraktować to miejsce jako przystanek na trasie po wyspie.
W pamięci mieszkańców i odwiedzających pozostaje również ławka poświęcona artyście, ustawiona przy nadmorskiej drodze w kierunku Kamini. To dobry punkt, by usiąść, spojrzeć na morze i przypomnieć sobie „Bird on the Wire”.

Ostatni przystanek. W cieniu Mount Royal
Montreal jest także miejscem ostatniego spoczynku Leonarda Cohena. Artysta zmarł w Los Angeles 7 listopada 2016 roku, mając 82 lata. Został pochowany w rodzinnym grobowcu na cmentarzu Congregation Shaar Hashomayim, na północnym zboczu Mount Royal.
Zanim jednak powrócił do rodzinnego miasta, przez kilka lat związany był z Mount Baldy Zen Center w Kalifornii. W 1994 roku zamieszkał w tamtejszym ośrodku zen, gdzie przez pięć lat prowadził życie buddyjskiego mnicha. Przyjął imię Jikan, czyli „Cichy”. Ten okres przyniósł mu wyciszenie i nową perspektywę, a po powrocie do świata muzyki ponownie zaczął nagrywać i koncertować.
W Montrealu warto odwiedzić również synagogę Congregation Shaar Hashomayim w Westmount. Z rodziną Cohena łączy ją wielopokoleniowa historia. Jej chór nagrał partie wokalne w utworze tytułowym z ostatniego albumu artysty „You Want It Darker”, wydanego w październiku 2016 roku.
Podróż, która zostaje w pamięci
Montreal i Hydra dzieli ocean, tysiące kilometrów i zupełnie inny rytm życia. Łączy je jednak człowiek, który potrafił zamieniać własne doświadczenia w poezję i muzykę. W Montrealu można odnaleźć jego dzieciństwo i rodzinne korzenie, na Hydrze ślady młodości, miłości i twórczej wolności.
Warto ruszyć tym szlakiem z albumem „Songs of Leonard Cohen” w słuchawkach. A kiedy na końcu dnia zabrzmi „Hallelujah”, być może łatwiej będzie zrozumieć, dlaczego jego piosenki wciąż towarzyszą kolejnym pokoleniom słuchaczy. Niektóre podróże prowadzą do miejsc, inne do wspomnień. Ta pozwala połączyć jedno z drugim.
Zdjęcie: Fot. A. Barber / Wikimedia Commons, CC BY-SA 4.0
