Bez wątpienia są to piękne nogi. Ich długość podkreślają jeszcze kolorowe pończochy w pasy, zakończone delikatną, białą koronką. Czy o takich mogła marzyć bohaterka filmowej noweli Janusza Nasfetera z 1960 roku – zastanawiam się.

Dziewczyna z Wenus przy Pomorskiej
Stoję w jednym z najmniej ciekawych architektonicznie miejsc najdłuższej, bo przeszło 11-kilometrowej, ulicy Łodzi – Pomorskiej. Za PRL jej patronem był Marceli Nowotko i z tego okresu pochodzi też okoliczna zabudowa. W takim domu mogła mieszkać Matylda, bohaterka „Kolorowych pończoch”, której matki nie było stać na kupienie córce tego luksusowego towaru. Dziewczyna o długich nogach, o której wspomniałam na początku, nie ma tego problemu – bo je nosi. Jakoś tak jednak niedbale, od niechcenia, podobnie jak seksowną koszulkę, uwydatniającą śmiało jędrne piersi. Świat zdaje się jej nie obchodzić, bo najważniejsze jest to, co trzyma w ręku – karteczka z odwróconym sercem. Co oznacza – koniec miłości? Nie odpowie mi na to pytanie, bo jest tylko obrazem – gigantycznym muralem zdobiącym pustą, pozbawioną okien ścianę szarej, odrapanej kamienicy.

Dzieło stworzył młodziutki, bo dwudziestokilkuletni Aryz z Barcelony, jeden z bardziej liczących się artystów światowego street artu, a zarazem ilustrator. – Maluję dla rozrywki – deklaruje skromnie w wywiadach, ale choć nie ma dyplomu akademii sztuk pięknych, wydaje się być z nimi za pan brat. Pstrokata kolorystyka muralu, niczym z parku Güell Gaudiego, profil twarzy i proporcje ciała dziewczyny zdradzają znajomość malarstwa, od Botticellego poczynając. Notabene Wenus wynurzała się z morskiej piany, a bohaterka Aroza kąpie się w wannie, a może w jakimś gigantycznym kielichu? Czy zielono-granatowe kręgi na jej ciele są efektem dyskotekowego światła, jakie na nie pada z niewidzialnego kierunku, czy też dziewczyna przybyła do nas z nomen omen Wenus?

Ekspozycja sztuki ulicznej
Street art dzięki niczym nieposkromionej wyobraźni artystów porywa do innego, odmienionego świata również odbiorców tej sztuki. Tak jak porwała i mnie, w Łodzi, gdzie zgodnie z projektem Galerii Urban Forms  od kilku sezonów w ścisłym centrum miasta tworzona jest stała ekspozycja sztuki ulicznej. A w „ścian malowaniu” biorą udział czołowi artyści z różnych krajów. W rezultacie mogę sobie podziwiać ich dzieła całkowicie za darmo, w dodatku biorąc udział w sympatycznej zabawie polegającej na odkrywaniu murali objętych już specjalną trasą turystyczną.

Łasiczki na Nowowiejskiej
Na ul. Pomorskiej 28 przy skrzyżowaniu z ul. Kilińskiego ze ściany „atakują” mnie intensywne kolory geometrycznych kształtów wykreowanych na ścianie kamienicy przez innego artystę z Barcelony – Kenora. Przy ul. Nowomiejskiej 5 czeka na mnie szalona wizja Belga Roa, który każe czarno-białym łasiczkom (?) grać w rugby. Z kolei pośród nielicznych okien bloku przy ul. Próchnika biegają sobie otłuszczone ludziki – dla mnie zestawienie mistrza sumo z rzeźbami Botero wykreowane pędzlami polskiego duetu Sepe/Chazme, czyli absolwenta warszawskiej ASP Michała „Sepe” Wręgi oraz architekta-urbanisty Daniela „Chazme” Malinowskiego. Już dawno podbili stolicę, w której Sepe się urodził, a teraz podbijają Europę. Notabene podobne ludziki, tyle że zmilitaryzowane, wspinają się po kamienicy przy  al. Jana Pawła II w pobliżu Dworca Centralnego w Warszawie.

Staruszka w chuścinie na Próchnika
Osobiście jednak wybieram sztukę innego polskiego tandemu – Etam Crew: pomarszczoną staruszkę w chuścinie na ul. Próchnika 16 kojarzącą mi się trochę z „Żydówką z pomarańczami” Gierymskiego, niebieskiego słonia w „odlocie” przy Uniwersyteckiej 3 czy rozpadający się domek na kiju przy ul. Nawrot 81, który jest już czystą street art 3D. Na Etam Crew postawiła też wiosną tego roku polska marka ubraniowa Cropp, zapraszając ich do stworzenia designu nowej kolekcji czerpiącej bogato ze street artu – Etamville. Przemysław Blejzyk „Sainer” i Mateusz Gapski „Betz” – dwaj studenci łódzkiego ASP – uwiedli mnie swoją ocierającą się o baśniowość, ale niekiedy tak do bólu realistyczną wizją świata, którą wspiera solidna technika.

Stado owiec na 11 piętrach
Znacznie mniej przemawiają do mnie murale Polaka Oteckiego, zapełnione pseudośredniowiecznymi wojami, wymalowanymi na budynku przy ul. Rybnej 2/4. Natomiast jakby wyjęte z japońskich kreskówek błękitne ptaszysko na muralu Australijczyka Shidy z ul. Wojska Polskiego 82 przyprawia niemal o dreszcz, bo nie wiem, czy więcej w nim okrucieństwa czy urody.

Koniec mojej wycieczki to liczący, bagatela, 11 pięter mural Chilijczyka Inti. Wyzierające z niego stadko owiec  jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki przemienia koszmarną wielką płytę przy al. Wyszyńskiego 80, w jakieś locus amoenus, sielskie miejsce, gdzie człowiekowi chce się żyć. Zwierzętom towarzyszy enigmatyczna postać „podróżnika”, tu raczej pasterza, będąca lejtmotywem obrazów mistrza – w pełnym rynsztunku wojownika spotkałam ją już przy ul. 28. Pułku Strzelców Kaniowskich 48.

Czy ten podróżnik był u mego boku podczas całej trasy, wciągając w przestrzeń bajeczną miasta, czy tylko miałam takie złudzenie?

Street art na Ziemi Obiecanej – Galeria Urban Forms (www.galeriaurbanforms.org) to inicjatywa, której patronuje prezydent Hanna Zdanowska, a współfinansuje miasto Łódź.

LODZ_GaleriaUrbanForms

Rozmieszczenie murale na łódzkich kamienicach. Plan pochodzi ze strony Fundacji Urban Forms. Kliknij w obrazek, przejdź na stronę Fundacji (www.urbanforms.org).

Tekst publikowany na łamach magazynu “Świat Podróże Kultura” w numerze listopad-grudzień 2014 na str. 56-61.