Gorąca zupa na śniadanie, świńskie uszy na obiad, horoskop przed ślubem i lusterko na demona – wietnamski rytm dnia, zwyczaje i przesądy zadziwiają mnie na każdym kroku.
Sajgon, godz. 6 rano. Mimo tak wczesnej pory w mieście już panuje gwar. Sklepikarze rozstawiają stragany, mężczyźni siedzą na plastikowych krzesełkach i popijają piekielnie mocną kawę. Ulice powoli zapełniają się skuterami. Jeszcze godzina i Sajgon stanie w porannym korku. Po zjedzeniu na śniadanie pożywnej zupy z makaronem ryżowym Wietnamczycy ruszają do pracy. Do pobudki o tak wczesnej porze i tak ciężkiego śniadania nie mogę się przyzwyczaić nawet po pół roku mieszkania w Mieście Ho Chi Minha (tak od 1975 r. oficjalnie nazywa się Sajgon). Trudno też mi przychodzi oswoić się z gorącym klimatem, wilgocią i palącym słońcem. Tymczasem Wietnamki, mimo upału, chodzą w długich rękawiczkach i dwupalczastych podkolanówkach, aby pasowały do klapek „japonek”. Biała cera jest tutaj ideałem piękna. Koło południa upał daje się wszystkim we znaki, trzeba więc przerwać pracę – całe miasto rusza na lunch. Bary wypełniają się po brzegi, na stołach króluje oczywiście ryż z rybą, kurczakiem albo owocami morza, popijany obowiązkowo zieloną herbatą. Oby przetrwać do wieczora, kiedy już zajdzie słońce… Wtedy ożywają parki miejskie. Tam mieszkańcy stolicy razem biegają, uczą się tańców, ćwiczą sztuki walki.
Nie chcemy prywatności
W Wietnamie kolektywizm jest prawdziwą wartością. I nie jest to wymysł obecnego ustroju, ale wielowiekowa tradycja. Ryżu nie da się uprawiać w pojedynkę, cała wieś musi się zjednoczyć. Od indywidualizmu, jak uważają Wietnamczycy, krótka droga do egoizmu. Do mojego mieszkania na parterze w centrum Sajgonu przez duże przesuwane drzwi wciąż zaglądają przechodnie. O prywatności mogę tutaj zapomnieć. Gdy otworzę okno w sypialni, witam się już z sąsiadem wypoczywającym w swoim salonie. Domy w Sajgonie są szerokie na parę metrów, pną się za to wysoko w górę. Powód jest bardzo prosty: podatek płaci się tu od dostępu do ulicy. Z kolei centrum miasta wygląda jak wielki plac budowy, wciąż powstają nowe wieżowce, banki, hotele. Sajgon, w odróżnieniu od innych regionów Wietnamu, jest trochę europejski, pełen modnych sklepów i restauracji. Jest też coraz bardziej zatłoczony. Do miasta nieustannie ściągają ludzie z prowincji, statystyki natomiast podają, że 75 proc. społeczeństwa wciąż mieszka na wsiach. O tym, jak wygląda życie na wietnamskiej prowincji, mam okazję się dowiedzieć, gdy dostaję zaproszenie do domu rodzinnego mojego kolegi o imieniu Tay. Przedmioty nie dają szczęścia >> Rodzina Taya pracuje na plantacji kauczukowców, tylko on z czwórki rodzeństwa wyjechał do miasta i rozpoczął studia. Starsi bracia mieszkają z żonami i dziećmi w domu rodzinnym, siostra przeprowadziła się do domu męża. Chłopcy zostają z rodzicami, będą się nimi opiekować, kobiety po ślubie stają się częścią innej rodziny. Mama Taya ściska mnie na powitanie i prowadzi do pokoju, w którym będę nocować. Cały dom wygląda, jakby nie był ukończony, jakby ktoś się tu dopiero wprowadził. W moim pokoju jest tylko łóżko, mały regał i parę tekturowych kartonów. Wietnamczycy nie mają potrzeby otaczania się wieloma przedmiotami, do szczęścia potrzebują naprawdę niewiele. Dziwią mnie też ściany wewnątrz domu, żadna z nich nie sięga sufitu. W każdym pomieszczeniu słychać, kto i co robi w pokoju obok, w kuchni, w łazience… Znów muszę zapomnieć o potrzebie prywatności. „Czy w każdym domu wietnamskim stawiacie trzy czwarte ściany?” – pytam Taya. „Bardzo często, zwłaszcza na wsiach. Klimat nie wymaga od nas solidnego budownictwa” – tłumaczy kolega. Pani domu woła nas na obiad. Tradycyjnie jemy na podłodze. Każdy ma przed sobą małą miseczkę, do której nakłada to, na co ma ochotę z wielu niezbyt obfitych potraw. Znakiem dobrego wychowania jest dzielenie się najlepszymi kąskami ze współtowarzyszem biesiady. Mama Taya nakłada mi pałeczkami tutejszy przysmak: kawałki świńskich uszu. Nie mam innego wyjścia, jak tylko z uśmiechem na ustach zjeść swoją porcję.
Demony są wokół nas
Po obiedzie idę z całą rodziną do kościoła. Większość Wietnamczyków to buddyści, ale moi gospodarze należą do katolickiej mniejszości. Choć buddyzm ma w Wietnamie pozycję dominującą, religia ta miesza się z taoizmem, filozofią konfucjańską i dawnymi wierzeniami. Wietnamczycy są też bardzo przesądni, często wierzą w czarną magię. „Zawsze, gdy do naszej wsi przywędruje jeden z wróżbitów, moja szwagierka umawia się z nim na spotkanie” – opowiada Tay. Przed ślubem narzeczonym sprawdza się horoskop, jeśli nie jest pomyślny, to bardzo solidny argument, aby odwołać ceremonię. Wtedy pozostaje albo przekonać rodziców, by mimo wszystko zgodzili się na ślub, zmienić wybranka albo, co chyba najprostsze, wróżbitę na bardziej przychylnego. Według przesądów nie można też fotografować kobiet w ciąży, chwalić urody noworodka. Wietnamczycy wieszają nad wejściem do domu małe lusterka, by zamierzający wejść do środka demon zobaczył w nim swoje odbicie i uciekł. Takie lusterko wisi u Taya, wisi też nad drzwiami mojego sajgońskiego mieszkania. Wieczorem kładę się pod różową moskitierą na drewnianym łóżku bez materaca. Pierwszy raz od przyjazdu do Wietnamu, z dala od miejskiego hałasu, oddychając rześkim i czystym powietrzem, mogę się naprawdę wyspać.
Tekst i zdjęcia: Joanna Szyndler
INFO
Dojazd: samolotem, zawsze z przesiadką
Kiedy jechać: najlepiej w porze suchej, czyli od listopada do marca
Wizy: 30-dniowa wiza jednokrotnego wjazdu kosztuje 45 USD informacje na: www.ambasadawietnamu.org
Ceny: pokój dwuosobowy od 8 USD, obiad w restauracji ok. 10 zł, kawa mrożona na ulicy 1 zł. Przelot z Miasta Ho Chi Minha do Hanoi, ok.120 zł w jedna stronę (linie JetStar)
Tekst publikowany na łamach magazynu “Świat Podróże Kultura” w numerze marzec 2010 na str. 22-26.


