Do Sharm el Sheikh jeździ się po to, by wypoczywać na złotych plażach, nurkować w Morzu Czerwonym i szaleć na dyskotekach do białego rana. Ja chciałam przede wszystkim zobaczyć rafę koralową.
Po raz pierwszy do Sharm el Sheikh trafiłam przez przypadek. Dotychczas preferowałam kontynentalny Egipt z Hurghadą i Marsa el Alam na czele. Kiedy wreszcie zdecydowałam się na urlop, okazało się, że w biurze podróży mogą zaoferować tylko wyjazd do Sharm el Sheikh. „Nowe miejsce, nowe przygody” – pomyślałam. I dobrze zrobiłam. Tak mi się spodobało, że kurort położony w południowo-wschodniej części półwyspu Synaj odwiedziłam jeszcze dwa razy. Lądowanie w mieście było bardzo ekscytujące. O świcie z okien samolotu rozpościerał się widok na górę Synaj zatopioną w czerwonym słońcu. Dla jednych widok kiczowaty, ale mnie chwycił za serce. Samolot dwa razy łagodnie zakręcił nad górami i od strony morza usiadł na lotnisku.
Plaże i rafa koralowa
Nad Sharm el Sheikh góruje meczet wybudowany w 2007 r. – ogromna świątynia łącząca nowoczesną formę z tradycją muzułmańską. Miasto przypomina labirynt. Jeździ się po nim równoległymi ulicami, nawracając co kilkaset metrów. Typowych skrzyżowań należy szukać jedynie w starej, zachodniej części kurortu. Wzdłuż całego wybrzeża rozciągają się piaszczyste plaże z rafą koralową dostępną niemal na wyciągnięcie ręki. Przy nich zaś hotel za hotelem. Każdy przystosowany do potrzeb nawet najbardziej wybrednego turysty. Zadbano również o wszelkie wygody na przyhotelowych plażach: prysznice, toalety, bary i leżaki z parasolami (ustawione tak, by nie było tłoczno) – należą do standardu. Na szczęście na mojej plaży była również wypożyczalnia sprzętu do nurkowania. Zestawy do snorklingu, czyli nurkowania z maską, fajką i płetwami, można dostać na każdym rogu. W tej części Morza Czerwonego żyje 250 gatunków koralowców i 1000 gatunków ryb. Ponad 40 szkół i baz nurkowania (dysponujących łącznie ponad 200 łodziami) organizuje wyprawy, których celem jest oglądanie podwodnego świata. Aby nie spacerować po rafie koralowej przy samej plaży, do morza schodzi się biało-niebieskim plastikowym chodnikiem. Nagle rafa koralowa osuwa się kilkadziesiąt metrów w dół, a my wpadamy w mgławicę różnorodnych ryb – żółto-niebieskie, czerwone, w kropki, w paski, z ogromnymi wyłupiastymi oczami, z wystającymi szczękami. Nie ma co się lękać głębokości, ponieważ słona woda wypycha nurków na powierzchnię. Gdy schodzimy głębiej, oprócz zapierających dech w piersiach kształtów i kolorów rafy koralowej ogromne wrażenie wywołuje wszechobecna cisza. To dla niej nurek bezdechowy Jacques Mayol schodził coraz głębiej. „Chcę poczuć się jednością z otaczającą naturą” – mówił. Amatorom snorklingu i nurkowania mogę polecić wycieczkę statkiem do morskiego parku narodowego Ras Muhammad położonego na zachód od centrum miasta. O urodzie tego miejsca, często nazywanego perłą w koronie Morza Czerwonego, decydują ogromne ściany korali oraz duże kolonie ryb. Wielkie wrażenie wywarło na mnie obserwatorium rekinów, czyli rafa położona przy głównej plaży parku, którą zamieszkują ryby pelagiczne, rekiny wielorybie i barakudy. Rekina wprawdzie nie spotkałam, ale za to przepłynęłam blisko barakudy.
Barwy orientu
W Sharm el Sheikh miejsc do nurkowania starczyłoby na kilka miesięcy, jeśli nie lat. Ale miasto to nie tylko piękne plaże i nieodkryte głębiny morza. Po całodniowych kąpielach morskich warto wybrać się do Old Market (Sharm al Maja), gdzie oprócz wyrabianych dla turystów ozdób i imitacji raf koralowych można znaleźć oryginalne pamiątki. Na targ przyjeżdżają Beduini i oferują m.in. skóry z wielbłąda. Kupiłam ręcznie wyrabianą bransoletę z wielbłądziej kości. Oczywiście nie obyło się bez targowania, czym sprawiłam ogromną przyjemność Beduinowi, a sobie zafundowałam ból głowy. Old Market pachnie też przyprawami – od cynamonu, przez curry, po szafran. Ten ostatni sprzedaje się nawet w wersji filmowej, czyli w naparstku (jak w „Angielskim pacjencie”). Na bardziej ekskluzywne zakupy warto się wybrać do turystycznej dzielnicy Naama Bay. Wzdłuż ulic ciągną się luksusowe hotele i sklepy z piekielnie drogą biżuterią, orientalnymi dywanami i typowymi pamiątkami. Nie brak tu też knajpek, restauracji i barów. W każdym lokalu można zapalić fajkę wodną, zjeść, wypić i tańczyć do rana. Wśród turystów najpopularniejsze są: Hard Rock Cafe, Planet Hollywood, Casino Royale i Little Buddah. Goszcząc tu dwukrotnie, przekonałam się, że Sharm el Sheikh ma niejedno oblicze i że każde zasługuje na uwagę.
Tekst: Izabela Klementowska
Zdjęcia: Eric Gevaert, Ivan Sgualdini, Fotolia, Izabela Klementowska
INFO
Dojazd: samolotem Kiedy jechać: najlepiej w marcu lub wrześniu, wówczas temperatura powietrza i wody wynosi średnio 26°C
Wiza: na lotnisku kosztuje 15 USD Warto wiedzieć: nie wolno wywozić koralowców i muszli, od turystów oczekuje się bakszyszu, czyli napiwków
Ceny: wypożyczenie sprzętu do nurkowania – 20–30 USD za dzień
Tekst publikowany na łamach magazynu “Świat Podróże Kultura” w numerze marzec 2010 na str. 60-65.
