Dziewczynek w Indiach jest coraz mniej. Ale popyt na nie wcale nie rośnie. Jak tak dalej pójdzie, to wypieszczeni synowie nie będą mieli z kim się żenić (na 100 chłopców przypadają 93 dziewczynki).

Córki są niechciane, bo drogo kosztują. Głównie z powodu posagu, który – choć zakazany – od 50 lat rujnuje kieszenie rodziców. Nie opłaca się inwestować w dziewczynki, bo po ślubie przenoszà się do rodziny męża. Nic więc dziwnego, że nikt się o nie nie troszczy: jedzą gorzej, rzadziej chodzą do szkoły, częściej chorują. Głęboko zakorzenione w kulturze i tradycji Indii przekonanie, że dziewczynki są gorsze, warunkuje losy milionów przedstawicielek płci żeńskiej. Rodziców z klasy średniej, których stać na badanie USG pozwalające poznać płeç dziecka, zachęca się do nielegalnej aborcji: zapłać 500 rupii zamiast potem 50 tys. (na posag).

Na wsi i w slumsach, które opasują Delhi i Kalkutę, metody są mniej wyrafinowane. Tu dziewczynek rodzi się więcej, ale równie szybko się dematerializują (szacuje się, że w ciągu 20 lat zniknęło 10 mln młodych kobiet). Podróżując po Indiach, spotkałam wiele kochanych i wymuskanych dziewczynek. Ale widziałam też kobiety stojące w hierarchii niżej niż wyjątkowo nielubiane w Indiach psy. Brudne, żebrzące, sponiewierane. W Radżastanie w 30-stopniowym upale obwieszone biżuterią kobiety uprawiały ziemię. Lokalny koloryt? Nie, życiowa konieczność. Ciężkie kolczyki i naszyjniki zakładają do pracy w polu, bo nie wiedzą, czy ktoś ich przypadkiem nie wygna z domu tak, jak stoją.

Ciężką sytuację kobiet potwierdzają statystyki. W Radżastanie 80 proc. dziewczynek nie uczęszcza do szkoły. Wypełniają lukę po uczących się chłopcach – noszą wodę, kopią pole i robią milion rzeczy zdecydowanie za ciężkich na ich małe barki. Pytanie, czy obchodzony w Indiach 24 stycznia Dzień Dziewczynki (w tym dniu Indira Gandhi została premierem), coś zmieni.

Tekst: Anna Janowska
Fot.: Paweł Wroński

Tekst publikowany na łamach magazynu “Świat Podróże Kultura” w numerze marzec 2010 na str. 12.