Świat się skurczył w czasie i przestrzeni do wymiaru kilku, kilkunastu godzin. Tyle wystarczy, by dotrzeć w odległe zakątki naszego globu. Są też minusy nagłej zmiany miejsca – organizm nie ma czasu, żeby się dostosować do nowych warunków. Inna strefa czasowa, klimat, dieta, woda. Bywa, że zaczyna fiksować i trzeba sięgnąć po leki.
Moja żona zapadła kiedyś w indyjskim Puszkarze na zapalenie nerek. Lekarstwa nabyte w warszawskiej aptece okazały się nieskuteczne. W końcu zdesperowana weszła do hinduskiej przychodni i apteki w jednym. Siwobrody lekarz odziany w tradycyjny dhoti wysłuchał jej, po czym zalecił ziołowe tabletki. Po trzech dniach było po chorobie. A problemy z nerkami nie wróciły do dzisiaj.
Moja córka lat 3 w Kapadocji zaczęła wymiotować, a wkrótce dostała biegunki i wysokiej temperatury. Przyczyną była prawdopodobnie nieprzegotowana woda, którą wypiła. Miejscowy doktor przepisał turecki medykament i zalecił picie odgazowanej coca-coli. Córcia wkrótce doszła do siebie, a my mogliśmy kontynuować podróż.
Cała rodzina, nie wyłączając mnie, płynąc statkiem po Nilu, zachorowała na klasyczną „zemstę faraona”. Sięgnęliśmy po sprawdzone w kraju nifuroksazyd i no-spę. Raz, drugi, trzeci… bezskutecznie. Nadal, zamiast afrykańskich krajobrazów, częściej oglądaliśmy wnętrze toalety. Znowu trzeba było zawitać u medyka, tym razem egipskiego. Ten zaaplikował nam po zastrzyku oraz tutejsze odpowiedniki naszych lekarstw: antinal i nu-spasm. Rano obudziliśmy się jak nowi.
Zamiast obciążania się apteczką (a raczej całą apteką) warto zaufać wiedzy lekarskiej, nawet jeśli jest wyrażona w nieznanym nam języku. No, chyba że tam, gdzie się wybieramy, nie ma lekarza…
Tekst publikowany na łamach magazynu “Świat Podróże Kultura” w numerze kwiecień-maj 2012 na str. 10.
