Sierpniowe przedpołudnie. Podchodzę stromą ścieżką na Bobotov Kuk (2523 m n.p.m. – najwyższy szczyt czarnogórskiego pasma Durmitor). Piękne widoki, dzikie góry. Tuż przed wierzchołkiem mija mnie kilku fastpackerów. Właściwie wbiegają na szczyt, a zanim ja tam docieram, już mkną z powrotem. Ludzie ci są wyznawcami fastpackingu – filozofii podróżniczego minimalizmu. Hołdują zasadzie: „mniej dźwigasz, dalej zajdziesz”, która każe im zmniejszać wagę oraz ilość rzeczy w plecaku. Idea ta jest bardzo popularna wśród biegaczy ultradługodystansowych, codziennie pokonujących dziesiątki kilometrów w trudnym terenie, właściwie bez żadnego obciążenia. Wyposażeni są jedynie w odpowiednie buty, lekką kurtkę i bidon na wodę. Zapaleni fastpackerzy mogą pokonać Główny Szlak Beskidzki o długości ponad 520 km zaledwie w kilka dni. Nie muszę chyba dodawać, że temu wyzwaniu sprostają jedynie osoby o dobrej kondycji fizycznej i obeznane z górami. Jeśli bez odpowiedniego przygotowania wstalibyśmy zza biurka i spróbowali wbiec na Rysy w stylu fast, moglibyśmy najwyżej nabawić się kilku kontuzji.
Na przeciwnym biegunie turystycznych preferencji znajduje się slow travelling, czyli podróżowanie bez pośpiechu. Wyznawcy tej filozofii starają się pozostać jak najdłużej w jednym miejscu. Pragną wczuć się w rytm życia mieszkańców, poznać ich kulturę, z należytą uwagą oglądać interesujące szczegóły egzotycznego świata. Potrzeba dużo czasu, aby naprawdę uświadomić sobie, gdzie się jest. Istotny jest też sposób przemieszczania się: najlepiej zrezygnować z samolotu, zamiast samochodem – przemierzać świat pieszo, na rowerze lub lokalnymi środkami lokomocji. Podróżując wolno, bardziej przeżywamy codzienność podróży. Doceńmy to, co zwyczajne, a może okaże się niezwykłe.
Moim zdaniem, podróż smakuje najlepiej, jeśli zwiedzamy świat lekko i powoli.
Tekst publikowany na łamach magazynu “Świat Podróże Kultura” w numerze wrzesień 2011 na str. 12.
