Przyroda to otwarta księga, jej czytanie wzbogaca nasze życie. Gdybyśmy tylko włożyli więcej wysiłku w zrozumienie zwierząt, zdziwilibyśmy się, jak wiele mają nam do powiedzenia i jakie formy przekazu stosują…
Pewnego wiosennego dnia postanowiłam odwiedzić zaprzyjaźnionego boberka Stefana, który zasłynął z niebywałego szelmostwa w kontaktach z ludźmi. Miał ulubioną, otoczoną wodami rozlewisk wysepkę położoną cztery metry od asfaltowej drogi Sulin-Rutki. Nie przejawiał żadnego zainteresowania ludźmi stojącymi na jezdni. Do tego stopnia był pochłonięty toaletą lub pałaszowaniem soczystych kłączy roślin, że nie przerywał swoich zajęć, nawet gdy trzaskało się drzwiami sa- mochodu. W jadłodajni pojawiał się godzinę przed zachodem słońca (z dokładnością niemal co do minuty) i przebywał w niej nawet dwie godziny.
Wzajemna obserwacja
Tak było i tym razem. Kiedy stanęłam na drodze cztery metry od niego, był pochłoniety łapaniem pcheł. Nawet nie puścił do mnie oczka na przywitanie. Miał już przygotowaną pokaźną stertę gałązek. Trzymając je w chwytnych przednich kończynach, przesuwał wzdłuż zębów, obracając i jednocześnie okorowując. Staliśmy tak naprzeciw siebie ponad 40 min. Najzwyczajniej w świecie zaczęło mi się nudzić, a sunące za plecami raz po raz samochody stawały się uciążliwe. Postanowiłam się ruszyć. Schodząc z nasypu drogowego, zrobiłam trzy kroki w kierunku bobra. Tego Stefcio już nie udźwignął. Przerwał swoje zajęcia, stanął słupka, pogłaskał się po brodzie jak sędziwy starzec, po czym wsunął cicho do wody. „I masz babo placek – pomyślałam – wystraszyłam go”. Zaraz ci coś powiem >> Karcąc się w duchu, wpatrywałam się tępo w miejsce, gdzie zniknął bóbr. Po chwili się wynurzył, ale, ku mojemu zaskoczeniu wziął namiar prosto na mnie. Trzy metry, dwa metry, jeden metr. Odliczałam dystans do ucieczki. Przywołałam w pamięci opłakany w skutkach przypadek szarży bobra na człowieka sprzed kilku miesięcy. Nie chciałam być kolejna… Po chwili brunatna kula przelewającego się tłuszczu wygramoliła się na krawędź wody i lądu zaledwie 60 cm ode mnie. Zamaszystym ruchem przednich uzbrojonych w ostre pazury łap podgarnął pod siebie butwiejącą roślinność, formując kopczyk. Sadzając ciężkie cielsko na kopczyku, zamarł na ułamek sekundy w bezruchu, po czym spojrzał na mnie, upewniając się, czy aby na pewno to zauważyłam. Następnie dostojnie zsunął się do wody, wrócił na wysepkę i dalej delektował się soczystymi kłączami.
Po obu stronach granicy
Przecierałam z niedowierzaniem oczy. Kiedy poczułam charakterystyczny, ostry zapach castoreum – substancji, używanej przez bobry do znakowania terytorium, zrozumiałam co się stało. Oto Stefanek wyznaczył mi granicę, która harmonijnie dzieliła przestrzeń między człowiekiem i zwierzęciem, pozwalając przedstawicielom każdego gatunku dbać o własne interesy na pokojowych zasadach.
Tekst: Katarzyna Ramotowska
Tekst publikowany na łamach magazynu “Świat Podróże Kultura” w numerze wrzesień 2010 na str. 66-69.
