Nie lubię chodzić po sklepach. Jednak na bazarach pełnych egzotycznych smaków i zapachów moja wrodzona niechęć do zakupów znika. Mogę włóczyć się godzinami, próbować, smakować.
Przyjemność, o dziwo, sprawia mi nawet przymierzanie. Z bazaru Kemeralti w Izmirze trzeba mnie wyciągać siłą. Każda uliczka ma swój zapach – przypraw, mielonej kawy albo ryb złowionych o poranku w Zatoce Smyrneńskiej. Wyszukuję sklepiki z dywanami, cukiernie ze słynną turecką baklawą. Jedzenia na bazarach spróbować trzeba koniecznie. Choć często nie jest tutaj sterylnie, tłum lokalnej ludności to gwarancja świeżości i prawdziwego regionalnego smaku. Oprócz bazaru w Izmirze jest jeszcze parę miejsc, które zostały w mojej pamięci jako raj dla zakupowiczów. Tak właśnie wspominam Puszkar w Radżastanie. Miasto, w którym znajduje się jedyna w Indiach świątynia stwórcy wszechświata Brahmy, ma jeszcze jeden atut. Wąskie uliczki świętego miasta wypełniają sklepiki i stragany. Za bezcen kupimy tu tkane ręcznie obrusy, szaliki z Kaszmiru, wyroby ze skóry, sari lub sukienki w indyjskie wzory. Bez plecaka pełnego nowych ubrań nie da się też wyjechać z Hoi An w środkowym Wietnamie, nazywanego wioską krawców. Choć to miasteczko, nie wioska, pewnie co drugi mieszkaniec utrzymuje się z szycia. Hoi An jest jednym z najlepiej zachowanych starych portów Azji Południowo-Wschodniej, słynnym niegdyś ośrodkiem handlu jedwabiem. W urokliwych dawnych domach chińskich kupców dzisiaj znajdują się zakłady krawieckie. W ciągu kilku godzin uszyją sukienkę, marynarkę, spodnie, a nawet płaszcz zimowy – w kropki, paski, kwiatki, według tradycyjnych wzorów wietnamskich lub najnowszych trendów mody. I oczywiście nawet o sukienkę „od Armaniego” trzeba się ostro targować.
Tekst: Joanna Szyndler
Tekst publikowany na łamach magazynu “Świat Podróże Kultura” w numerze zima 2010 /2011 na str. 12.
