Dzielnica Shinjuku, jedna z 23 w Tokio, nigdy nie zasypia. Przekonałem się o tym, wędrując ulicami o drugiej w nocy: wszędzie tłok, tłum, ścisk. W światłach neonów kłębią się tysiące ludzi. Otwarte bary, sklepy, salony gier. Nie sposób znaleźć ustronnego miejsca. Rankiem wybieram się na słynny, największy na świecie, targ rybny Tsukiji. Schodzę na stację metra Oeda w Shinjuku.
To jedna z najbardziej obciążonych stacji w mieście – dziennie przewija się przez nią ponad pół miliona pasażerów! W godzinach szczytu pracownicy metra – „upychacze” – w białych rękawiczkach dopychają ludzi, którzy nie mogą sami wcisnąć się do wypełnionego wagoniku. Wygląda to niesamowicie: sardynki w puszce to dopiero mają luz. Ledwie mogę oddychać w nieprzebranej ludzkiej ciżbie.
Kilka dni później jadę przez Osakę z japońskim małżeństwem, u którego gościnnie mieszkam. Koji i Katsuko mają wprawdzie mały samochodzik, ale za to wysoki. Jak wszystko w tym kraju. Przestrzeń jest tu równie cenna, co woda na pustyni. Aglomeracje wyrastają wzwyż i wkopują się na wiele pięter w głąb ziemi. Zamiast hoteli – kapsuły sypialne o gabarytach trumny. Szok! Koji przekonuje, że kupno nowego auta to mały wydatek w porównaniu z roczną opłatą za parking. Domowe garaże są zazwyczaj dwupiętrowe: pneumatyczna winda podnosi pojazd do góry, tak aby drugi mógł zatrzymać się poniżej.
O ile pociąg Shinkansen z Tokio do Osaki pędzi z prędkością ponad 200 km/godz., o tyle przez miasto jedzie się znacznie wolniej, o ile w ogóle. Korki to codzienna zmora. Godziny spędzone za kierownicą odbierają radość życia potomkom samurajów. Nic więc dziwnego, że wiele osób korzysta z usług korkowego „stacza”. Zdesperowany kierowca dzwoni do firmy, która przysyła skuter z zastępczym kierowcą. Zleceniodawca jest odwożony skuterem do domu (lub pracy), podczas gdy jego samochód dociera na miejsce o wiele później.
Tekst publikowany na łamach magazynu “Świat Podróże Kultura” w numerze październik 2011 na str. 12.
