Nie dalej niż nad Wisłą odnajdziesz ślady jurajskich gadów i celtyckiej miłości po grób. Dosłownie…

KOCHANKOWIE Z PEŁCZYSK
W muzeum w pałacu Wielopolskich w Chrobrzu leżą dwa niezwykłe szkielety… Dwie osoby w miłosnym uścisku pochowano 4,5 tys. lat temu. Ponownie na światło dzienne wydobyli je archeolodzy podczas wykopalisk w pobliskich Pełczyskach. Bezimienni kochankowie mogli być Celtami. Przez trzy ostatnie stulecia przed naszą erą Pełczyska były najbogatszą osadą celtycką w całej Małopolsce. Kwitł tu handel i rzemiosło, być może znajdował się też ośrodek władzy plemiennej. Ten wojowniczy lud nie znał pojęcia nagrody lub kary po śmierci, lecz spodziewał się ponownych narodzin w życiu pozagrobowym. I faktycznie – kochankowie narodzili się ponownie: w świetle jupiterów na wystawie archeologicznej „Starożytne skarby Ponidzia”.

HIT I KICZ
Tuż obok kochanków natykam się na kolejny „hit”. Grób kobiety przypuszczalnie 30-35-letniej z II poł. I w. p.n.e., której na podstawie kości czaszki zrekonstruowano twarz. Spogląda na mnie z fotografii dama raczej mało powabna, o grubych rysach, szerokim, kartoflowatym nosie, dosyć mięsistych wargach. Według archeologów należała do rasy białej, do typu egejskiego w jego frakcji berberyjskiej, co oznacza, że przybyła do nas z południowej części basenu Morza Śródziemnego. Nasza bohaterka, jak się okazuje, musiała przebyć jeden lub dwa porody i cierpiała na schorzenia stawów prawego kolana i lewego nadgarstka, którego ostre zapalenie znacznie ograniczało jej ruchy, powodując dotkliwy ból! Sala „pochówkowa” jest absolutną perełką – system pochylni pozwalający z bliska przyjrzeć się znaleziskom ukrytym w podłodze za szybką. Szkoda tylko, że jest tak słabo rozreklamowana. Myślę sobie, że Włosi posiadając taki skarb potrafiliby zrobić wokół niego szum na miarę Romea i Julii, a przecież w Weronie zarówno dom Julii, jak i grób są puste! Gdyby ktoś się pokusił o zajrzenie do opowieści o Tristanie i Izoldzie – przecież ta legenda ma korzenie celtyckie…

HI, FLINSTONES!
Nad lekko wzburzoną rzeką Kamienną, kilka kilometrów przed Baltowem unosi się w powietrzu cearadaktyl, pterodaktyl z rodziny pterozaurów, czyli po prostu dinozaur w wersji latającej. Jego czterometrowe skrzydła chwieją się lekko uderzane kroplami deszczu – mam wrażenie, że zaraz ruszy do ataku! Za chwilę jestem w miasteczku i parkuję tuż pod wielką głową gada wyglądającego ze strychu domu – ma wysokość kilku pięter! Jeszcze tylko kasa biletowa, sklep z gadżetami: dinozaury w wersji pluszowej, plastikowej, makro i mikro, i zaraz „przyklejam się” do jakiejś wycieczki. Od przewodnika dowiaduję się, że w okresie jurajskim, 150 min lat temu na terenie dzisiejszego Bałtowa znajdowało się ciepłe morze pełne koralowców, ramieniono- gów, ślimaków, jeżowców. Nieopodal, po piaszczystym wybrzeżu przechadzały się dinozaury, zupełnie jak w filmie„Jurrasic Park”. Na ich ślady natrafił Gerard Gierliński z Państwowego Instytutu Geologicznego w Warszawie. Był to impuls do stworzenia w Bałtowie JuraParku. Wyruszam na wycieczkę, wijącą się meandrycznie ścieżką parku od kambru do dziś. Z pomocą kolorowych tablic powtarzam sobie historię ziemi ostatnich 500 min lat. Na spotkanie wychodzą mi, niemal dosłownie, bo uchwycone w ruchu, naturalnej wielkości dinozaury – niekiedy solo, czasem w parach czy większych grupach, biegnące zgodnie lub toczące ze sobą boje pośród bujnej zieleni parku. Z ciekawości dotykam jednej z figur, bo są tak zaskakująco dobrze wykonane. Początkowo robione były w Niemczech, jednak od 2006 r. ich produkcją zajęła się poznańska firma Arte, która każdy model konsultuje naukowo z Muzeum Ewolucji PAN. Na końcu ląduję… w piaskownicy, czyli na placu zabaw dla dzieci, które radośnie odkopują szkielet ogromnego tyranozaura, przypuszczają zmasowany atak na huśtawki, zjeżdżalnie i karuzele. Brakuje tylko Freda Flinstone’a i Wilmy, bo Dinów ci tu dostatek. .. Tuż obok przepływa rzeka Kamienna, po której mogę spłynąć tratwą. Innymi atrakcjami są widoczne na drugim brzegu: stadnina koni, zwiedzany specjalnym schoolbusem Zwierzyniec Bałtowski z danielami, muflonami, alpakmi oraz kozicami, a zimą stok narciarski. Opuszczam Bałtów z przekonaniem, że Polak jak chce, to potrafi.

Tekst publikowany na łamach magazynu “Świat Podróże Kultura” w numerze czerwiec 2009 na str. 126-128.